Serwis internetowy poświęcony wydarzeniom ze świata piłki nożnej

Uznawani za autsajdera Pucharu Polski Błękitni Stargard Szczeciński po raz kolejny pokazali faworytom, że „Ekstra-Kasa” to nie wszystko, a na boisku liczą się umiejętności i wola walki, zbiorowa wola walki. Tym razem o sile kolektywu ze Stargardu przekonał się Lech Poznań, który przegrał w pierwszym półfinale 3:1 i przed rewanżem w stolicy Wielkopolski nie jest już zdecydowanym faworytem do gry w finale na Stadionie Narodowym.

Błękitni Stargard Szczeciński drugoligowiec w półfinale Pucharu Polski

Błękitni Stargard Szczeciński drugoligowiec w półfinale Pucharu Polski foto: Łączy Nas Piłka

Drużyna trenera Krzysztofa Kapuścińskiego od początku rozgrywek o Puchar Polski zaledwie dwukrotnie mierzyła się z klubami niżej rozstawionymi, a w pozostałych przypadkach na jej drodze stawali przedstawiciele 1 ligi (Pogoń Siedlce, Chojniczanka Chojnice, GKS Tychy) i Ekstraklasy (KS Cracovia, Lech Poznań). Kiedy w październiku ub.r. Błękitni Stargard Szczeciński po emocjonującym spotkaniu pokonali pierwszoligowy Tychy 3:2 i zapewnili sobie awans do ćwierćfinału Pucharu Polski uznałem to za zasłużoną nagrodę dla drużyny, za ciężką pracę i walkę do końca, nie przypuszczałem, że Błękitni dopiero się rozkręcają.

W kolejnej rundzie przeciwnikiem drugoligowca był ekstraklasowa KS Cracovia, która była oczywistym faworytem dwumeczu z Kopciuszkiem. Tyle tylko, że ten Kopciuszek bardzo szybko pokazał Cracovii miejsce w szeregu, wygrał przed własną publicznością 2:0 i takim samym wynikiem pokonując grającego na co dzień dwa poziomy wyżej przeciwnika na jego terenie. Po rywalizacji Błękitnych z drużyną „Pasów” długo zadawałem sobie pytanie jak to możliwe, aby klub ustępujący pola swojemu oponentowi niemal na każdej płaszczyźnie wygrał dwumecz 4:0?

1 kwietnia to pytanie wróciło do mnie z wzmożoną siłą jak bumerang – Marzący o mistrzostwie Polski i grze w fazie grupowej europejskich pucharów Lech Poznań przegrał 3:1 z drugoligowcem, którego piłkarze na co dzień uczą się i pracują, a w między czasie ogrywają kluby z Ekstraklasy. Przepaść pomiędzy drużynami jest wręcz ogromna: pojemność stadionu 6 000 widzów, do ponad 43 000, średnie miesięczne pensje piłkarzy 2 000 – 40 000 złotych, wycena podstawowych składów, które wybiegły na mecz w Stargardzie 800 tysięcy – 7.650 tysięcy euro – wg kwot podanych w serwisie Transfermarkt.

W normalnej lidze to faworyt grający w eksperymentalnym zestawieniu spokojnie pokonał by drużynę z trzeciego poziomu rozgrywek 3:1 i zrobił duży krok w kierunku finału, ale nie w naszej przepłacanej „Ekstra-kasie”, o której sile stanowią takie tuzy jak Zaur Sadajew, Vojo Ubiparip, czy Kebba Ceesay. U nas promujemy walkę i determinację tych biednych skazywanych na porażkę, którzy oprócz umiejętności czysto piłkarskich mają serce do gry, a Ci bogaci niech nadal wymachują rękami i o wszystko mają pretensję do sędziego, bo przecież są tacy wspaniali co sezon walczą o najwyższe cele w Europie i kasują setki tysięcy złotych.

Swoją drogą ciekaw jestem czy trener Josep Guardiola zapytał Roberta Lewandowskiego co to za klub Błękitni Stargard Szczeciński ograł w pierwszym półfinale PP jego byłych pracodawców i ma szansę na awans do finału i jeśli tak się stanie to… bardzo prawdopodobne, że wystartuje w eliminacjach Europa League – drużyna z trzeciego poziomu rozgrywek w europejskich pucharach, tego jeszcze świat nie widział.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *