Serwis internetowy poświęcony wydarzeniom ze świata piłki nożnej

Znamy przyczyny porażki reprezentacji Polski na Euro 2012. Robert Lewandowski winni błędy w przygotowaniu fizycznym i  brak ofensywnych wariantów gry. O wszystkim decydował Franciszek Smuda podkreśla Lewandowski.

Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało?

Robert Lewandowski: Niestety, ale się stało. Wydawało się, że jesteśmy blisko ćwierćfinału, a okazało się, że było bardzo daleko. Mieliśmy szansę jak nigdy, nie wykorzystaliśmy jej jak zwykle. Szkoda, że potencjał zespołu nie eksplodował na Euro. Zaczęło się pięknie. Gola strzelonego Grecji nie zapomnę do końca życia. Pierwszy na Euro, pierwszy na Stadionie Narodowym. Mam nadzieję, że moich bramek na wielkich turniejach będzie więcej. W czerwcu czegoś nam zabrakło.

Trenera, który umiałby wydobyć z drużyny więcej niż sto procent możliwości?

– Na pewno mamy lepszych zawodników niż wyniki, które osiągnęliśmy. Stać nas także na lepszą grę. Nie jesteśmy gorsi od Czechów. Trener miał dużo czasu, by nas przygotować do najważniejszej imprezy życia. Nie zrobił tego. Gryzie mnie to strasznie. Bo była szansa na coś więcej niż tylko sukces sportowy. Nigdy w życiu nie spotkałem się z taką życzliwością takiej rzeszy kibiców. Chcieliśmy im sprawić radość. Euforia wokół nas była gigantyczna. Mówi się, że Polacy tylko narzekają, że jeden drugiemu wilkiem, a podczas Euro doświadczyłem ogromnego wsparcia. Wszyscy byli do nas pozytywnie nastawieni. Ale na końcu trzeba było wyjść na boisko i wygrać. Do meczu z Czechami dostarczyliśmy im sporo radości, później był już tylko żal i smutek.

Rozmawialiście z trenerem o obciążeniach podczas obozu w Austrii?

– Na początku w ogóle nie było tematu obciążeń. Nikt nas o nic nie spytał. Po paru dniach daliśmy sygnały, że śruba została przykręcona za mocno. Zbyt dużo było statycznych ćwiczeń na siłowni, za mało zajęć z piłkami. To my wyszliśmy z inicjatywą rozmowy. Nie chcieliśmy przesadzać, bo jesteśmy od grania. Interweniowaliśmy dopiero, kiedy granica była przekraczana. Ale i tak tych rozmów było sporo.

Z Grecją do przerwy było 1:0, rywale w osłabieniu. A w szatni cisza. Powiedziałem, że musimy strzelić drugiego gola, by być pewnym wygranej. Trener tonował bojowe nastroje. Mówił, żeby grać spokojnie i czekać. W drugiej połowie nie dokonywał zmian, choć brakowało sił i zmiennicy by się przydali. Trener bał się chyba zaufać rezerwowym. A oni byli później przygaszeni, bali się ryzykować. Dziwię się, że pozwoliliśmy Grekom atakować. Powinniśmy ich dobić zaraz po przerwie. No i rozumiem, że z ofensywnie nastawioną Rosją zagraliśmy ostrożniej, z trzema defensywnymi pomocnikami, ale czemu wyszliśmy na Czechów w ustawieniu 4-3-2-1? Przecież musieliśmy wygrać. Zagraliśmy słabo, nie stwarzaliśmy sobie sytuacji do strzelenia gola. Wróciliśmy do stylu sprzed dwóch lat i porażki 0:3 z Kamerunem. O wszystkim decydował trener. My robiliśmy to, co mówił. Zostawiliśmy na boisku mnóstwo zdrowia, ale to było za mało.

Po remisie z Rosją nie zapanowała zbyt wielka euforia? Jakbyście dokonali czegoś wyjątkowego. A mecz o wszystko był cztery dni później

– Dziwiłem się euforii, bo remis z Rosją nic nie dał. Wiedzieliśmy, że z Czechami gramy o wszystko. Ale to oni byli lepsi. Gdy do awansu wystarczał im remis, dobrze się bronili i łatwo nas ograniczali. Kiedy okazało się, że jednak muszą wygrać, ruszyli do przodu i strzelili gola. My byliśmy bezradni. Liczę, że nowy selekcjoner poradzi sobie. Po siatkarzach widać, że trener potrafi zrobić różnicę.

O wszystko graliście z rywalem w zasięgu, pozbawionym najlepszego zawodnika – Tomasza Rosickiego.

– A my wyszliśmy na nich „choinką”. Z trenerem nie rozmawialiśmy o taktyce, jesteśmy od grania. Dziwnie się czułem, grając czasem nawet przeciwko czterem obrońcom. Mijałem jednego, zjawiał się drugi, a ja nie miałem do kogo podać. Zabrakło nam ludzi z przodu, żałuję, że graliśmy tak defensywnie. Czesi byli do pokonania, nie bronili rewelacyjnie, ale my nie daliśmy im szansy na błąd. Trener chyba nie wierzył w rezerwowych, bo po meczu z Czechami powiedział dziennikarzom: „Chcieliście Grosickiego, to widzieliście, jak zagrał”.

 

 

Kogo przerosło Euro? Piłkarzy? Trenera?

– Piłkarzy chyba nie, daliśmy radę, na ile mogliśmy. Jeśli chodzi o podejście do turnieju, psychikę, to nie mieliśmy problemów.

Znaczy, że przerosło trenera?

– (cisza)

Gdy żołnierze idą na bitwę, patrzą na generała i widzą, czy jest pewny swojej strategii i zwycięstwa.

– Po trenerze było widać zdenerwowanie i presję. Na mnie nie miało to wpływu. Myślałem, co zrobić, by zagrać jak najlepiej. Niepewność minęła mi po paru minutach z Grecją.

Ale wydaje mi się, że na takiej imprezie powinniśmy mieć opracowane warianty na różne okoliczności. Nie mieliśmy. W przerwach nie było merytorycznej rozmowy. Sami ustalaliśmy, jak gramy i jak mamy zachowywać się na boisku. Trener nie milczał, niby coś mówił, ale może nie bardzo wiedział, co powiedzieć? Teraz łatwo zrzucić winę na niego. Nie chcę go obrażać, przecież zbudował zespół na eliminacje. W pewnych momentach brakowało mi jego słów, które coś by dla nas znaczyły i z których dowiedzielibyśmy się czegoś nowego.

Przez całe Euro narzekałeś na deficyt podań. Miałeś konflikt z Obraniakiem?

– Nie. Od dawna mówiłem, że nie dostaję piłki. Sam musiałem wyrywać ją obrońcom. Trener nie zmieniał taktyki, obok siebie nie miałem nikogo, nie było komu podać. Przed Euro graliśmy z Andorą, poszedłem do trenera i mówię: „Nie dostaję podań”. Trener odparł, żebym się cofał. Innych wariantów nie było. Słyszałem: „Spokojnie, będziesz miał jedną okazję i strzelisz”. No i jedną na Euro miałem. Na treningach też graliśmy 11 na 11 i piłkę miewałem dwa-trzy razy, poza tym tylko biegałem między obrońcami.

Na Euro nie wiedzieliśmy, co robić po odbiorze. Wszystko opierało się na indywidualnych akcjach. Gdy rywal zamykał skrzydła, nie mieliśmy pomysłu na rozegranie akcji środkiem. Bo tego nie ćwiczyliśmy.

Przez prawie trzy lata?

– Praktycznie tak. Zajęcia to była gra w dziadka i mecz 11 na 11 plus stałe fragmenty pod koniec.

Mieliście warianty na zmianę wyniku?

– Nie. Słyszeliśmy ogólnik: „Jak strzelimy, to gramy, jakby było 0:0. Jak stracimy – też”.

Nie czujesz, że piłkarze też zawiedli?

– Czuję. Na końcu to my wychodziliśmy na boisko. Ale jeśli nie działały te wszystkie niuanse, to trudno o wynik. Jeśli wszystko byłoby ułożone jak trzeba, awans byłby realniejszy.

To prawda, że na jednej z odpraw Franciszek Smuda powiedział: „Przez pierwsze dziesięć minut grajcie spokojnie, a potem na nich ruszycie”. A przed wyjściem na boisko ustaliliście, że ruszacie od początku, a po dziesięciu minutach zobaczycie, co zrobi rywal?

– Prawda. Nie pamiętam tylko, który to był mecz. Chyba z Rosją. Wydawało nam się, że to, co ustaliliśmy, jest rozsądniejsze od tego, co mówił trener. Trener się bał. My nie chcieliśmy nakręcać się negatywnie, ciągle gadać, że jest źle. Wychodziliśmy grać jak najlepiej. Wiem, że w największym stopniu to my, piłkarze, odpowiadamy za wynik. Ale niektóre sprawy utrudniły nam, by był pozytywny.

Po porażce pojechaliście do kibiców, ale słowo „przepraszam” nie padło…

– Podziękowaliśmy za wsparcie, czuliśmy, że zawiedliśmy. Mnie osobiście głupio było tam jechać. Powiedzieliśmy, że nie daliśmy rady i zdajemy sobie z tego sprawę.

Dlaczego nie było z wami trenera?

– Nie wiem.

Trener mówił po Euro, że gdyby cofnął czas, to i tak niczego by nie zmienił.

– Ja bym zmienił. Uważam, że powinny być mniejsze obciążenia fizyczne, a dodałbym zajęcia uczące nas wariantów ofensywnych. Nie wiedzieliśmy, co robić po odbiorze, to był największy problem na Euro. Nie była wina Ludo, że biegał daleko za mną, bo nikt mu nie wytłumaczył, jak ma grać i jak się ustawić. Nie ćwiczyliśmy tego. Piłka na skrzydło i zobaczymy, co wyjdzie. To był nasz pomysł na Euro.

 

Rozmawiał Robert Błoński/Sport.pl